-Dziewczyny, razem z ojcem jedziemy do Alabamy. Przyjaciółka ma urodziny. – skierowała swoje błękitne oczy na Iris i Dianę- myślę, że zajmiecie się swoją siostrą ?
-Mamo, mam siedemnaście lat, nie potrzebuję niańki.-odezwała się znudzonym głosem Rosaly.
- A właśnie, że potrzebujesz, nie pamiętasz jak pod naszą nieobecność zrobiłaś imprezę ? Zdemolowałaś cały dom, musiałam sama sprzątać połowę mieszkania, a ty ani rusz z pokoju. Nie tak cię wychowałam Rosaly, nie tak.- spojrzała z politowaniem na najmłodszą z rodzeństwa.
-To było dwa lata temu.
-Mamo, spokojnie zajmiemy się Ros razem z Rayanem i Chrisem. Na pewno nam pomogą. A ty razem z tatą pojedźcie do Alabamy, a właściwie na ile dni ?- powiedziała Iris spokojnie obejmując Rosaly.
- Na około pięć dni. Wasz ojciec zafundował bilety do opery na spektakl po urodzinach.- widać była podekscytowana.
Po schodach zszedł ojciec dziewczyn.
-No, jestem gotowy. I jak ? Podoba wam się mój garnitur? –obrócił się i czekał na opinię.
-Idealnie, pasuje jak ulał. – powiedziała Diana.
-Dobra, my już ruszamy. Czeka nas kilka godzin jazdy- Emily kierowała się w stronę drewnianych drzwi- i pamiętajcie do kościoła pójdźcie. To grzech będzie jeśli nie pomodlicie się, i czyta...
-Tak, będziemy czytać biblię- przeszkodziła Rosaly-Jedźcie już.
Andrew Swan ucałował córki i zamknął za sobą drzwi.
-Wreszcie, wreszcie spokój- westchnęła Rosaly.
- Naciesz się tym spokojem tego dnia, bo jutro jedziemy pomagać Iris w szykowaniu zapasów dla zwierząt w leśniczówce- powiedziała spokojnie Diana siadając na sofę.
-Czemu ja ? Dajcie mi się nacieszyć nie obecnością rodziców- westchnęła nastolatka.
-A właśnie, że musisz tam pojechać- powiedziała stanowczo Iris.
Nagle otworzyły się drzwi. Do pomieszczenia wparował Rayan i Chris.
- Wyjechali już ?- zapytał Rayan.
-Jak widać, teraz będziemy opiekować się naszą siostrzyczką przez pięć dni. Zadowoleni ? Nawet jutro pomożecie mi szykować zapasy dla zwierząt w leśniczówce- powiedziała z zadowoleniem Iris.
-Chociaż będziemy coś robić- jęknął z niezadowoleniem Chris.
-Ktoś chcę kawy ?- spytała Diana.
Wszyscy się zgodzili na kubek ciepłego napoju więc po chwili Diana znalazła się w kuchni i szykowała kawę. Gdy wlewała wrzątek do kubków zadzwonił jej telefon. Denny ?
-Halo ? Denny ? Co chcesz ?- zapytała się swojego przyjaciela.
-Szybko włącz wiadomości na kanale 6.
-Coś ważnego się dzieje ?
-I to bardzo. Szybko.
Rozłączył się zanim kobieta się pożegnała. Zdzwiona Diana pomaszerowała do salonu.
-Rayan, włącz szybko kanał 6.
-Czemu ?- zapytał znudzonym tonem.
-Włącz- powiedziała stanowczo siadając na oparciu sofy.
-Dobrze, niech ci będzie, tylko nie krzycz, druga matka- powiedział sam do siebie naśladując siostrę.
-Przestań- kopnęła go w nogę czekając, aż znajdzie kanał. Wreszcie odnalazł.
Wiadomości zaczęły się jak zwykle. Ale po dziennikarce było widać, że atmosfera w studiu była napięta.
,,Z ostatniej chwili. Dowiedzieliśmy się od Urzędu Zdrowia o tajemniczym, wcześniej nie wykrytym wirusie, który zaraził część Stanów Zjednoczonych. Urząd próbuje uspokoić sytuacje. Prosimy pozostać w domach i nie wychodzić na zewnątrz do rana. Jak powiada Urząd, prosimy nie zbliżać się do zarażonych. Można rozpoznać ich po gorączce. Jutro specjalne wiadomości na temat rozwoju wirusa.”
Rayan wyłączył telewizor.
-Czy wirus dotrze do naszych rejonów ?-spytała cicho Rosaly.
-Nie wiem- odpowiedział Chris- Czas pokaże...
- Mam nadzieje, że zablokują dostęp tej zarazy- powiedziała Iris.
Wszyscy bez zastanowienia położyli się do łóżek. Rozmyślali o nowej sytuacji, ale jedynie co ich zamartwiało to co się dzieje z rodzicami. Czy, po pierwsze, wiedzą o zarazie, która opanowała część Stanów Zjednoczonych ? Następnego dnia jako pierwszy obudził się Chris. Leniwym krokiem powędrował do kuchni. Gdy zagotował wodę na herbatę za oknem usłyszał charakterystyczny dźwięk helikopterów. Co oni tu robią ? Po schodach zeszła Rosaly.
-Czy też słyszałeś helikoptery ? Co się dzieje ?
-Tak słyszałem i nie wiem co się dzieje.
Gdy nastolatka podeszła do brata usłyszeli wielki huk . Po schodach zeszło pozostałe rodzeństwo.
-Co do cholery się dzieje ?- powiedział lekko przestraszony Rayan.
-Może coś w telewizji będzie na ten temat- zaproponowała Iris.
Włączyła kanał, są wiadomości, które wczoraj zapowiadali.
,,Dowiedzieliśmy się, że wirus opanował całe Stany Zjednoczone. Informujemy, żeby pozostać w damach, gromadzić pożywienie i na wszelki wypadek broń. I najważniejsze, nie zbliżajcie się do zarażonych. Wojsko zaczęło masowe oczyszczanie terenów przed wirusem. Gdy...”
Nagle telewizor się wyłączył. Rayan sprawdził czy jest prąd. Nie ma.
-Sytuacja stała się teraz bardzo napięta- zaczął Rayan- I myślę, że ..- za oknem rozległ się turkot czołgów- Myślę, że trzeba się schronić. Znajdźcie jakieś pożywienie, koce i wodę. Wszystko zanieście na strych i tam na mnie czekajcie. Ja tylko pójdę po jedną rzecz... no może kilka. Chris, a ty mi przy tym pomożesz.
Powędrowali do szopy za domem. Rayan szybko otworzył drzwi i zaczął przeszukiwać zakamarki. Zza półek wyciągnął dwie walizy.
-Zanieś na strych. Nie otwieraj dopóki ja przyjdę , dobrze ?
-Czy kiedyś ja cię zawiodłem ?- Chris z trudem zaniósł walizy do domu.
Rayan otworzył furtkę i wyszedł na ulicę. Po rozglądał się po okolicy. Wielki chaos, krzyki, strzały. Mężczyzna był przestraszony. Nagle ktoś się na niego rzucił. Judith.
-Rayan ! Właśnie cię szukałam ! Co tu się dzieje ?- złapała go za rękę i nie puszczała.
-Nie wiem, ale najlepiej trzeba się ukryć. Chodź ze mną ! Nie możesz tu zostać.
Pocałował ją w skroń i zaprowadził ją do swojego domu, który pełni funkcję schronienia. Zamknął za sobą dokładnie drzwi.
-Idź na górę, na strych. Tam czeka moje rodzeństwo.
-Dobrze- wytarła łzy i ruszyła na górę.
Rayan z komody wyciągnął sześć krótkofalówek.
-Przyda się-szepnął do siebie i ruszył na strych.
Na górze była napięta atmosfera. Diana krążyła w kółko, Rosaly z Judith płakały po kątach, Iris przeliczała zapasy wody i jedzenia, a Chris siedział na podłodze miętoląc kawałek koszulki. Diana podbiegła do brata.
-Co się dzieje ? – zapytała zaniepokojonym głosem.
-Jest wielki chaos.
Rayan podszedł do waliz. W obydwu była broń.
-Skąd ty to masz ?- zapytał zdumiony Chris odkładając książkę.
-Mam pozwolenie na przechowywanie broni- rozłożył zawartość na podłogę.
Dla siebie wziął karabin M4A1, dla Chrisa karabin szturmowy, który z niechęcią przyjął, dla Judith zwykły pistolet tak jak dla Rosaly.
-Może coś większego ?- Rosaly z niechęcią przyglądała się pistoletowi.
-To, albo nic- rzekł Rayan.
Ros tylko burknęła i schowała do bluzy broń.Więc Iris dostała siekierę ponieważ nie znosi broni palnej, a ,że na leśniczówce rąbała drewno no to ma wyuczone posługiwanie się siekierą. Diana dostała pistolet oraz czekan.
-Teraz trzeba czekać co się stanie...- powiedziała Iris.
Noc była straszna. Z zewnątrz było słychać wrzaski, odjeżdżające samochody, czołgi, odrzutowce...Trzy dni później była kompletna cisza. Pustka. Chris odsłonił zasłonkę i sprawdził co się dzieje. Szybko się odsunął.
-Matko...
-C-c-co się dzieje? Co widziałeś ? –zapytała rozpłakana Judith.
-Sama zobacz- można zauważyć, że był przestraszony.
Judith spojrzała na dzielnice. Była zrozpaczona. Za oknem zauważyła ludzi. Raczej to nie byli ludzie.
To byli umarli, którzy powstali.
-Matko, matko, matko... Co tu do cholery się dzieje ?!- wrzasnęła Rosaly.
-Cicho bądź- szepnęła Iris.
-Nie, nie, nie... trzeba stąd uciekać- Rayan w stanął z podłogi i zaczął pakować wodę do plecaków. Diana zaczęła mu pomagać.
-Nie chcę tu zostać, ani minuty dłużej- westchnęła Diana.
-Ale... czemu ? Tu jest bezpieczniej i... mamy pożywienie- powiedziała Judith.
-Ale może się skończyć.- skomentowała Iris- Czas już opuścić to miejsce.
Wszyscy zaczęli pakować pożywienie, ubrania oraz broń. Rayan zaprowadził wszystkich do garażu.
-Wsiadajcie- wskazał ręką na samochód- Muszę tylko coś sprawdzić.
Wyszedł przed bramę posiadłości jego rodziców. Musiał sprawdzić jak pokonać tych nieludzi. Podbiegł do jednego. Miał całą rozwaloną twarz. Zacharczał i chciał go zaatakować. Rayan dźgnął go nożem w brzuch. Nic. Nadal się trzymał. Dźgnął go w miejsce serca. Nadal jest żywy. Rayan był zaniepokojony, ale chyba wiedział gdzie jest ich czuły punkt. Jednym zamachem wbił mu nóż w głowę. Upadł i się nie poruszał. Po nim. Wrócił do garażu. Wszyscy byli już w samochodzie.
-Czuły punkt to głowa. Głowa.
-Czy ty mówisz nam, żeby ich zabijać ? To przestępstwo, a ty jesteś policjantem- Rosaly była zbulwersowana.
-To nie są ludzie.- odpalił samochód i ruszył .
Nie wiedzieli gdzie jadą, czy przeżyją, oraz czy żyją ich rodzice. Cała ludzkość upada. Po drodze mijali opuszczone domy, rozwalone centrum Atlanty w, której urzędowali martwi.

