sobota, 5 grudnia 2015

Prolog

Dziewczyny wpatrywały się w ekran telewizora. Rosaly właściwie nie oglądała aktualnego programu, tylko pisała SMS-y z przyjaciółką. Iris ze znudzeniem wpatrywała się w ekran, a Diana również nie była zainteresowana programem. Popołudnie było dość nudne. Słońce powoli zachodziło. Diana miała akurat tydzień przerwy w pracy więc razem z siostrą mogły odwiedzić rodziców. Do salonu weszła matka rodzeństwa. Była przystrojona w aksamitną sukienkę oraz w biżuterię po prababci. 
-Dziewczyny, razem z ojcem jedziemy do Alabamy. Przyjaciółka ma urodziny. – skierowała swoje błękitne oczy na Iris i Dianę- myślę, że zajmiecie się swoją siostrą ?
-Mamo, mam siedemnaście lat, nie potrzebuję niańki.-odezwała się znudzonym głosem Rosaly.
- A właśnie, że potrzebujesz, nie pamiętasz jak pod naszą nieobecność zrobiłaś imprezę ? Zdemolowałaś cały dom, musiałam sama sprzątać połowę mieszkania, a ty ani rusz z pokoju. Nie tak cię wychowałam Rosaly, nie tak.- spojrzała z politowaniem na najmłodszą z rodzeństwa.
-To było dwa lata temu. 
-Mamo, spokojnie zajmiemy się Ros razem z Rayanem i Chrisem. Na pewno nam pomogą. A ty razem z tatą pojedźcie do Alabamy, a właściwie na ile dni ?- powiedziała Iris spokojnie obejmując Rosaly.
- Na około pięć dni. Wasz ojciec zafundował bilety do opery na spektakl po urodzinach.- widać była podekscytowana.
Po schodach zszedł ojciec dziewczyn.
-No, jestem gotowy. I jak ? Podoba wam się mój garnitur? –obrócił się i czekał na opinię.
-Idealnie, pasuje jak ulał. – powiedziała Diana.
-Dobra, my już ruszamy. Czeka nas kilka godzin jazdy- Emily kierowała się w stronę drewnianych drzwi- i pamiętajcie do kościoła pójdźcie. To grzech będzie jeśli nie pomodlicie się, i czyta...
-Tak, będziemy czytać biblię- przeszkodziła Rosaly-Jedźcie już.
Andrew Swan ucałował córki i zamknął za sobą drzwi.
-Wreszcie, wreszcie spokój- westchnęła Rosaly.
- Naciesz się tym spokojem tego dnia, bo jutro jedziemy pomagać Iris w szykowaniu zapasów dla zwierząt w leśniczówce- powiedziała spokojnie Diana siadając na sofę.
-Czemu ja ? Dajcie mi się nacieszyć nie obecnością rodziców- westchnęła nastolatka.
-A właśnie, że musisz tam pojechać- powiedziała stanowczo Iris.
Nagle otworzyły się drzwi. Do pomieszczenia wparował Rayan i Chris.
- Wyjechali już ?- zapytał Rayan.
-Jak widać, teraz będziemy opiekować się naszą siostrzyczką przez pięć dni. Zadowoleni ? Nawet jutro pomożecie mi szykować zapasy dla zwierząt w leśniczówce- powiedziała z zadowoleniem Iris.
-Chociaż będziemy coś robić- jęknął z niezadowoleniem Chris.
-Ktoś chcę kawy ?- spytała Diana.
Wszyscy się zgodzili na kubek ciepłego napoju więc po chwili Diana znalazła się w kuchni i szykowała kawę. Gdy wlewała wrzątek do kubków zadzwonił jej telefon. Denny ? 
-Halo ? Denny ? Co chcesz ?- zapytała się swojego przyjaciela.
-Szybko włącz wiadomości na kanale 6. 
-Coś ważnego się dzieje ? 
-I to bardzo. Szybko.
Rozłączył się zanim kobieta się pożegnała. Zdzwiona Diana pomaszerowała do salonu.
-Rayan, włącz szybko kanał 6.
-Czemu ?- zapytał znudzonym tonem.
-Włącz- powiedziała stanowczo siadając na oparciu sofy.
-Dobrze, niech ci będzie, tylko nie krzycz, druga matka- powiedział sam do siebie naśladując siostrę.
-Przestań- kopnęła go w nogę czekając, aż znajdzie kanał. Wreszcie odnalazł.
Wiadomości zaczęły się jak zwykle. Ale po dziennikarce było widać, że atmosfera w studiu była napięta.
,,Z ostatniej chwili. Dowiedzieliśmy się od Urzędu Zdrowia o tajemniczym, wcześniej nie wykrytym wirusie, który zaraził część Stanów Zjednoczonych. Urząd próbuje uspokoić sytuacje. Prosimy pozostać w domach i nie wychodzić na zewnątrz do rana. Jak powiada Urząd, prosimy nie zbliżać się do zarażonych. Można rozpoznać ich po gorączce. Jutro specjalne wiadomości na temat rozwoju wirusa.”
Rayan wyłączył telewizor.
-Czy wirus dotrze do naszych rejonów ?-spytała cicho Rosaly.
-Nie wiem- odpowiedział Chris- Czas pokaże...
- Mam nadzieje, że zablokują dostęp tej zarazy- powiedziała Iris.
Wszyscy bez zastanowienia położyli się do łóżek. Rozmyślali o nowej sytuacji, ale jedynie co ich zamartwiało to co się dzieje z rodzicami. Czy, po pierwsze, wiedzą o zarazie, która opanowała część Stanów Zjednoczonych ? Następnego dnia jako pierwszy obudził się Chris. Leniwym krokiem powędrował do kuchni. Gdy zagotował wodę na herbatę za oknem usłyszał charakterystyczny dźwięk helikopterów. Co oni tu robią ? Po schodach zeszła Rosaly.
-Czy też słyszałeś helikoptery ? Co się dzieje ?
-Tak słyszałem i nie wiem co się dzieje.
Gdy nastolatka podeszła do brata usłyszeli wielki huk . Po schodach zeszło pozostałe rodzeństwo.
-Co do cholery się dzieje ?- powiedział lekko przestraszony Rayan.
-Może coś w telewizji będzie na ten temat- zaproponowała Iris.
Włączyła kanał, są wiadomości, które wczoraj zapowiadali.
,,Dowiedzieliśmy się, że wirus opanował całe Stany Zjednoczone. Informujemy, żeby pozostać w damach, gromadzić pożywienie i na wszelki wypadek broń. I najważniejsze, nie zbliżajcie się do zarażonych. Wojsko zaczęło masowe oczyszczanie terenów przed wirusem. Gdy...”
Nagle telewizor się wyłączył. Rayan sprawdził czy jest prąd. Nie ma.
-Sytuacja stała się teraz bardzo napięta- zaczął Rayan- I  myślę, że ..- za oknem rozległ się turkot czołgów- Myślę, że trzeba się schronić. Znajdźcie jakieś pożywienie, koce i wodę. Wszystko zanieście na strych i tam na mnie czekajcie. Ja tylko pójdę po jedną rzecz... no może kilka. Chris, a ty mi przy tym pomożesz.
Powędrowali do szopy za domem. Rayan szybko otworzył drzwi i zaczął przeszukiwać zakamarki. Zza półek wyciągnął dwie walizy.
-Zanieś na strych. Nie otwieraj dopóki ja przyjdę , dobrze ?
-Czy kiedyś ja cię zawiodłem ?- Chris z trudem zaniósł walizy do domu.
Rayan otworzył furtkę i wyszedł na ulicę. Po rozglądał się po okolicy. Wielki chaos, krzyki, strzały. Mężczyzna był przestraszony. Nagle ktoś się na niego rzucił. Judith.
-Rayan ! Właśnie cię szukałam ! Co tu się dzieje ?- złapała go za rękę i nie puszczała.
-Nie wiem, ale najlepiej trzeba się ukryć. Chodź ze mną ! Nie możesz tu zostać.
Pocałował ją w skroń i zaprowadził ją do swojego domu, który pełni funkcję schronienia. Zamknął za sobą dokładnie drzwi. 
-Idź na górę, na strych. Tam czeka moje rodzeństwo.
-Dobrze- wytarła łzy i ruszyła na górę.
Rayan z komody wyciągnął sześć krótkofalówek.
-Przyda się-szepnął do siebie i ruszył na strych.
Na górze była napięta atmosfera. Diana krążyła w kółko, Rosaly z Judith płakały po kątach, Iris przeliczała zapasy wody i jedzenia, a Chris siedział na podłodze miętoląc kawałek koszulki. Diana podbiegła do brata.
-Co się dzieje ? – zapytała zaniepokojonym głosem.
-Jest wielki chaos.
Rayan podszedł do waliz. W obydwu była broń.
-Skąd ty to masz ?- zapytał zdumiony Chris odkładając książkę.
-Mam pozwolenie na przechowywanie broni- rozłożył zawartość na podłogę.
 Dla siebie wziął karabin M4A1, dla Chrisa karabin szturmowy, który z niechęcią przyjął, dla Judith zwykły pistolet tak jak dla Rosaly.
-Może coś większego ?- Rosaly z niechęcią przyglądała się pistoletowi.
-To, albo nic- rzekł Rayan.
Ros tylko burknęła i schowała do bluzy broń.Więc Iris dostała siekierę ponieważ nie znosi broni palnej, a ,że na leśniczówce rąbała drewno no to ma wyuczone posługiwanie się siekierą. Diana dostała pistolet oraz czekan.
-Teraz trzeba czekać co się stanie...- powiedziała Iris.
Noc była straszna. Z zewnątrz było słychać wrzaski, odjeżdżające samochody, czołgi, odrzutowce...Trzy dni później była kompletna cisza. Pustka. Chris odsłonił zasłonkę i sprawdził co się dzieje. Szybko się odsunął.
-Matko...
-C-c-co się dzieje? Co widziałeś ? –zapytała rozpłakana Judith.
-Sama zobacz- można zauważyć, że był przestraszony.
Judith spojrzała na dzielnice. Była zrozpaczona. Za oknem zauważyła ludzi. Raczej to nie byli ludzie.
To byli umarli, którzy powstali.
-Matko, matko, matko... Co tu do cholery się dzieje ?!- wrzasnęła Rosaly.
-Cicho bądź- szepnęła Iris.
-Nie, nie, nie... trzeba stąd uciekać- Rayan w stanął z podłogi i zaczął pakować wodę do plecaków. Diana zaczęła mu pomagać.
-Nie chcę tu zostać, ani minuty dłużej- westchnęła Diana.
-Ale... czemu ? Tu jest bezpieczniej i... mamy pożywienie- powiedziała Judith.
-Ale może się skończyć.- skomentowała Iris- Czas już opuścić to miejsce.
Wszyscy zaczęli pakować pożywienie, ubrania oraz broń. Rayan zaprowadził wszystkich do garażu.
-Wsiadajcie- wskazał ręką na samochód- Muszę tylko coś sprawdzić.
Wyszedł przed bramę posiadłości jego rodziców. Musiał sprawdzić jak pokonać tych nieludzi. Podbiegł do jednego. Miał całą rozwaloną twarz. Zacharczał i chciał go zaatakować. Rayan dźgnął go nożem w brzuch. Nic. Nadal się trzymał. Dźgnął go w miejsce serca. Nadal jest żywy. Rayan był zaniepokojony, ale chyba wiedział gdzie jest ich czuły punkt. Jednym zamachem wbił mu nóż w głowę. Upadł i się nie poruszał. Po nim. Wrócił do garażu. Wszyscy byli już w samochodzie.
-Czuły punkt to głowa. Głowa.
-Czy ty mówisz nam, żeby ich zabijać ? To przestępstwo, a ty jesteś policjantem- Rosaly była zbulwersowana.
-To nie są ludzie.- odpalił samochód i ruszył .
Nie wiedzieli gdzie jadą, czy przeżyją, oraz czy żyją ich rodzice. Cała ludzkość upada. Po drodze mijali opuszczone domy, rozwalone centrum Atlanty w, której urzędowali martwi. 

niedziela, 15 listopada 2015

                                     Rozdziały


 ,,We can all come back from this, we're not too far gone "
00.Prolog

                           Spam


,,You're gonna die out here, little brother"